To był wyjątkowo mroźny styczeń. Od samego początku, po dzień dzisiejszy. Może śniegu nie było zbyt wiele (choć leży nieprzerwanie cały miesiąc), jednak temperatury nocne dwucyfrowe poniżej zera nie były żadnym ewenementem, a i w dzień było po kilkanaście stopni mrozu.
Styczeń był też gorący. A to za sprawą wyjazdu na tygodniowy urlop do Zębu. W przysiółku Bustryk mieliśmy wynajęty przepiękny domek, gdzie z wysokości 1000 m.n.p.m codziennie i nieprzerwanie mieliśmy za oknem niesamowity widok na Tatry. Przepiękna mroźna pogoda, słońce, śnieg i błękit nieba. Na wprost czubek Gubałówki na tle Giewontu. Na prawo w całej okazałości Tatry Zachodnie, a po lewej nieco przysłonięte zabudowaniami Wysokie. Przy całej mojej miłości do gór, nie mogłem sobie wymarzyć piękniejszego widoku na dzień dobry i dobranoc. Bajka!
Domek, który wynajęliśmy, to też bajka. Dwa poziomy, urządzone w góralskim stylu, w drewnie. U góry dwie sypialnie (jedna z balkonem) i łazienka; na dole wielki salon z kominkiem, urządzony kompletnie aneks kuchenny, taras oraz ... druga łazienka. Wszystko nowe, czyste, pachnące. Mimo siarczystego mrozu domek tak dogrzany, że przez 24 h mieliśmy otwarte okno w sypialni. Codzienne wieczory przy rozpalonym kominku, wyłożeni na tapczanie lub owczej skórze wprost na podłodze; do tego szklaneczka czegoś dobrego i relaks na całego. W dzień igraszki w śniegu, którego nie trzeba było szukać, bo krok za drzwiami naturalna, półtora metrowej wysokości zaspa, tworzyła naturalna górkę wystarczająca dzieciakom do zabawy,a za płotem (zasypanym po czubek) pole śniegu hen! po horyzont. Ale Wiktoria miała zafundowaną przez ciotkę Agat ę lekcję na prawdziwych nartach. Było bosko!
Styczeń był też ... zadymiony. Ha! Tej zimy bardzo modny jest smog. Widać sezon ogórkowy w TV wyhodował latoś właśnie smog. Moim skromnym zdaniem zawsze tak było, ale akurat w tym roku jest moda na smoka-smoga. Tak jak pleśń w jogurtach, jak ptasia grypa i wiele innych podobnych zjawisk względem, których jest sezonowa jazda. Jednak jakby kierować się wskazaniami apki monitorującej jakość powietrza (zapodałem sobie taką na telefon), to już nie żyjemy.
W pracy, jak w pracy. Bywa różnie. Ukułem sobie nawet takie powiedzonko, że "każda firma ma swój powen" 😉. Ogólnie rzecz biorąc jest ok. Byłbym niepoprawnym malkontentem, jakbym narzekał. Takim prostym przykładem na zmiany na lepsze, jest np to, że mogłem sobie bez stresu pozwolić na tydzień urlopu i nie drżeć, o to będzie, jak wrócę. To świadczy o pewnym poziomie ... normalności, której od lat nie miałem za biurkiem.
Styczeń za nami. Czas myśleć o wiośnie, bo zimy już dość. Toteż myślimy. I nawet tak usilnie, że zaplanowany i zarezerwowany mamy już majowy, jakże sympatyczny w tym roku, długi weekend. 😀Ale o tym to napisze później, kiedyś, może.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz