Tak się porobiło, że końcówka tygodnia rozpieprzyła nam się niemożebnie. Jeszcze nie tak dawno myślałem, że sezonowe chorowania w tym roku nas się nie ima. A tu masz babo placek! Kompletnie zameldowaliśmy się na pokładzie statku ogarniętego zarazą. Wszyscy, w pełni, bez wyjątku, razy cztery. Ehhh ... I w całym tym nieszczęściu, które tragedią przecież aż tak dojmującą nie jest, najgorsze jest to, że najbardziej po dupie odczuwa się to chorowanie ... w portfelu. Nie od dzisiaj wiadomo, że chorować trzeba mieć za co. Takoż kurujemy się i przełykamy gorycz aptecznych rachunków. I złość mnie taka bierze, że ten haracz zapłacić muszę, bo o ile ja odkażę się szklaneczką whisky przepłukując sterane gardziołko, to dzieciom przecież syrop i inne prochy trzeba kupić. Trzeba? Chyba trzeba. Nie do końca to takie pewne, bo Najmłodszego diagnozę wczoraj przez lekarkę postawioną, na własny koszt (za polskie własne złote) zweryfikowaliśmy i wyszło na to, że gówno prawda, że młody powinien brać końsko ciężki antybiotyk zapisany przez panią doktor, na podstawie dokładnej analizy stanu gardła, która trwała ok 678 milisekund, nie dłużej. Ręce opadają ...
No ale dobra, dość o chorowaniu w tak chorym stylu. Może trochę o pogodzie, tak z czysto kronikarskiej powinności. Luty jakby w końcu odpuścił. Temperatury znośne (wiatry nieco mniej) i pierwszy tegoroczny deszcz, który spadł w piątek tydzień temu nazad. Co prawda w nocy i nad ranem jeszcze zdarza się mrozik, a dzisiaj rano nieco białego marasu leżało za oknem, to jednak wszystko wskazuje na to, że idzie ku lepszemu. Były już takie fajne dni, że natchnęły mnie do wzucia trampek by rozpocząć nowy sezon biegowy. Było fajnie. Ale mocy to mi brak 😋. Przyszły tydzień ma być już z dwucyfrowymi temperaturami bez żadnej łachy podawanymi przez niebiosa.
Co jeszcze? Hmm ... Ostatnio sporo pracy, bo miesiąc jakiś taki nieposkładany, więc ciut bardziej zmęczony jestem. Ale przyświeca mi myśl, że lada chwila, a będę pomykał przez pola i lasy po jasnoku, a to perspektywa bardzo optymistyczna.
W domu bez większych zawirowań, jeśli nie liczyć permanentnej wojny pokoleniowej. Gdyby nie ta nieplanowana chorobliwość ekipy, to nie byłoby zupełnie o czym wspominać. Dzisiaj ostatnia sobota karnawału. Pobalować nie pobalujemy, bo pod w sumie jednak jakieś tam medykamenty, trudno polewać i tańcować. Posiedzimy więc sobie ... ot tak ... posiedzimy, może poleżymy. Najmłodszy śpi, Pierworodna jeszcze nie, ale jak jedno z nich wyłączone, to jest cisza, więc młody jeszcze wieczór zapowiada się całkiem sympatycznie. W TV "Django", w szklaneczce kropelka czegoś dobrego, a w perspektywie jeszcze kilka godzin ciszy przed snem. Ciszy? Taaaaaak. Czasami cisza jest nie do przecenienia atrakcyjnym towarem, gdy ma się dwoje pełnych życia i mega energii latorośli, które splatają się w nieprzerwanej walce o wszystko i nic. Tak więc cisza jest tym, co Starzy hołubią, obdarzają niesamowitą estymą i najeść się jej do syta nie mogą.
A więc .... Sza! ... w tą karnawałową sobotę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz