Początek lata zakończył falę upałów, którymi tak szczodrze obdarzała nas wiosna. Za oknem chłód, od którego odwykliśmy zupełnie. Już w piątek dało się wyczuć w powietrzu zimne tony, a dzień wczorajszy i dzisiejszy domalowały szaro-bure tło. Raz po raz z nieba coś kapie, może nie leje, ale jakby niebiosa wykręcały szmatę przy weekendowym sprzątaniu. Już lepiej by było gdyby porządnie ziemię jakieś ulewy zlały, bo ziemia przesuszona słonecznym szczęściem łaknie wody, oj łaknie.
W sumie dobrze, że to nieuniknione przecież ochłodzenie, przyszło teraz. Niech ten powiew rześkości teraz odświeży powietrze, aby za trzy tygodnie znowu stało się nieznośnie wspaniale ciepło i słonecznie. Za trzy tygodnie urlop. Chodź w tym roku nie mam szczególnego parcia na pogodę, łapanie opalenizny za wszelką cenę, napinanie się na słońce, to byłoby miło nie moknąć i nie marznąć. Najważniejsze, że w ogóle ten urlop spędzę daleko od codzienności.
Nie najlepszy nastrój mi dzisiaj towarzyszy. Ostatnie dni nie napawają optymizmem z żadnej ze stron. Wszystko dołuje, wydaje się być równią pochyłą. Nawet Mundial w Rosji nie jest w stanie podkoloryzować tej szarugi. Przeróżne dziwne myśli pałętają mi się po łbie, które wpychają mnie w skrajne emocje gdzieś z pogranicza bardzo odległego od normalności. Ba, tak skuteczne w takim stanie bieganie po asfaltowych ścieżkach, nie jest w stanie poprawić mojego samopoczucia. A w zeszłym tygodniu trzy raz biegałem, i to całkiem sporo - dawno nie miałem takiego "sportowego" tygodnia. Widocznie musiałbym zrobić od razu jakiś półmaraton, żeby się zresetować. Nawet miałbym na to dość sił. Mięśnie i płuca by dały radę, tyle że moje stare kolana by tego nie wytrzymały. Stan mej fizyczności też nie sprawia, że chce mi się skakać z radości. Ech....
No to nie jest dobry dla mnie czas. I tyle.
niedziela, 24 czerwca 2018
sobota, 2 czerwca 2018
To wszystko jest tam ... w górze
Codziennie śledzę na FB grupę "Beskidomaniacy"; no nie ma dnia, żeby nie. I dzień w dzień "zazdraszczam" jak nie wiem co, że ktoś gdzieś tam wszedł, wdrapał się; przeszedł tyle, a tyle km; zachwycał się tym i tamtym; leżał w trawie na tym czy innym szczycie. I chłonął piękno, góry, przyrodę. Pamiętam sam siebie sprzed lat. Też tak miałem.
Od wielu lat nie włóczyłem się po górach. Oczywiście mógłbym wytłumaczyć się tym, że tak się jakoś złożyło, że tak się moje życie ułożyło, że "nie mam jak". Za tym poszłaby lista tłumaczeń, tak gdzieś od punktu 1 do mniej więcej 79. I pewnie wiele z nich byłoby mniej lub bardziej obiektywnie uzasadnionych, a drugie tyle wyssanych z palca maczanego w lenistwie i niezorganizowaniu się. I bez cienia wątpliwości biję się w piersi, że gdybym bardzo chciał, to ... No właśnie.
Natomiast jest też druga strona medalu. Śledząc posty Beskidomaniaków, oprócz wspomnianej zazdrości i zachwytu, od czasu do czasu wstrząsa mną nieprzyjemny dreszcz, gdy widzę tłumy, jak w markecie w handlową niedzielę, czy to na Królowej, czy innym boskim wzniesieniu naszych pięknych Beskidów. Wiem, że góry są dla wszystkich i ich piękna nie można reglamentować. OK. Ale napawa mnie przerażeniem, gdy widzę te tłumy na górskich szlakach.
Góry zawsze wołały mnie do siebie ciszą, dziczą i niedostępnością. W górach szukam wszystkiego tego, co pozostawiam u ich podnóży. Wartością samą w sobie jest bycie tam, gdzie zgiełk miasta nie ma szans się wspiąć. I może dlatego teraz, gdy szlaki są tak weekendowo przepełnione, trochę mniej mnie ciągnie do zdobywania szczytów. A że praktycznie w góry mogę się wybrać jedynie w "godzinie najlepszej oglądalności", to ... eh .. nie wiem czy warto. Trochę gorzkie słowa. Pewnie nazbyt, bo miłość do gór powinna przesłodzić każdą gorycz. Ale czyż nie ma w tych słowach choć trochę sensownego wytłumaczenia, czemu mnie nie ma tam, gdzie powinienem? Dlaczego odpuszczam wszelkie długie weekendy, a tym samym odkładam kolejne wyjście w góry na "kiedyś tam"?
Zawsze, od zawsze, jak długo pamiętam, preferowałem samotne wędrówki po górach. Niezależnie od tego, czy to były najbliższe Beskidy, czy kiedyś (i wciąż) magiczne tatrzańskie ścieżki. Ba, w Tatry zawsze chodzę (chodziłem) sam. Nie ma przecież nic piękniejszego niż obcowanie z górami, gdy za towarzysza masz jeno wiatr i własne myśli. Przeżycia z tych kilometrów i godzin, kiedy zamienić mogłem słowo jedynie sam z sobą, a wszystkimi zmysłami, bez żadnych zakłóceń, chłonąłem góry, są nie do przecenienia.
Ale do tak metafizycznych wrażeń nie potrzeba dwutysięczników, stromych grani i przepaści pod stopami. Jak dziś pamiętam wędrówki np od Rycerzowej do Wielkiej Raczy, kiedy po drodze nie spotykało się nikogo, no może poza pogranicznikiem na służbie. Spotkania na szlaku nie kończyły się rzuconym "cześć" bez zwalniania kroku. Jak się kogoś spotykało, to zamieniło się parę zdań. Szlaki zdarzały się tak nieprzechodzone, że poddające w wątpliwość swoje istnienie właśnie w tym miejscu. I to poczucie, że jestem w takiej dziczy, że czasami to aż trochę straszno. Ale jakże pięknie! Wiem, wiem, wspominam stare czasy, gdy idąc na dłuższą wędrówkę meldowało się do domu swoje pozostawanie w kręgu żywych, co parę dni wysyłając pocztówkę lub telegram z poczty z miejscowości spotkanej po drodze, a nie... smartfonem co godzinę😉.
Wierzę, naprawdę szczerze, że jeszcze wrócę do tych dni chwalebnych, gdy górskie szlaki pod moją stopą, z każdym krokiem, napawać mnie będą tą nieokiełzaną energią. Wierzę, że tak będzie i że będą to niezapomniane chwile.
Od wielu lat nie włóczyłem się po górach. Oczywiście mógłbym wytłumaczyć się tym, że tak się jakoś złożyło, że tak się moje życie ułożyło, że "nie mam jak". Za tym poszłaby lista tłumaczeń, tak gdzieś od punktu 1 do mniej więcej 79. I pewnie wiele z nich byłoby mniej lub bardziej obiektywnie uzasadnionych, a drugie tyle wyssanych z palca maczanego w lenistwie i niezorganizowaniu się. I bez cienia wątpliwości biję się w piersi, że gdybym bardzo chciał, to ... No właśnie.
Natomiast jest też druga strona medalu. Śledząc posty Beskidomaniaków, oprócz wspomnianej zazdrości i zachwytu, od czasu do czasu wstrząsa mną nieprzyjemny dreszcz, gdy widzę tłumy, jak w markecie w handlową niedzielę, czy to na Królowej, czy innym boskim wzniesieniu naszych pięknych Beskidów. Wiem, że góry są dla wszystkich i ich piękna nie można reglamentować. OK. Ale napawa mnie przerażeniem, gdy widzę te tłumy na górskich szlakach.
Góry zawsze wołały mnie do siebie ciszą, dziczą i niedostępnością. W górach szukam wszystkiego tego, co pozostawiam u ich podnóży. Wartością samą w sobie jest bycie tam, gdzie zgiełk miasta nie ma szans się wspiąć. I może dlatego teraz, gdy szlaki są tak weekendowo przepełnione, trochę mniej mnie ciągnie do zdobywania szczytów. A że praktycznie w góry mogę się wybrać jedynie w "godzinie najlepszej oglądalności", to ... eh .. nie wiem czy warto. Trochę gorzkie słowa. Pewnie nazbyt, bo miłość do gór powinna przesłodzić każdą gorycz. Ale czyż nie ma w tych słowach choć trochę sensownego wytłumaczenia, czemu mnie nie ma tam, gdzie powinienem? Dlaczego odpuszczam wszelkie długie weekendy, a tym samym odkładam kolejne wyjście w góry na "kiedyś tam"?
Zawsze, od zawsze, jak długo pamiętam, preferowałem samotne wędrówki po górach. Niezależnie od tego, czy to były najbliższe Beskidy, czy kiedyś (i wciąż) magiczne tatrzańskie ścieżki. Ba, w Tatry zawsze chodzę (chodziłem) sam. Nie ma przecież nic piękniejszego niż obcowanie z górami, gdy za towarzysza masz jeno wiatr i własne myśli. Przeżycia z tych kilometrów i godzin, kiedy zamienić mogłem słowo jedynie sam z sobą, a wszystkimi zmysłami, bez żadnych zakłóceń, chłonąłem góry, są nie do przecenienia.
Ale do tak metafizycznych wrażeń nie potrzeba dwutysięczników, stromych grani i przepaści pod stopami. Jak dziś pamiętam wędrówki np od Rycerzowej do Wielkiej Raczy, kiedy po drodze nie spotykało się nikogo, no może poza pogranicznikiem na służbie. Spotkania na szlaku nie kończyły się rzuconym "cześć" bez zwalniania kroku. Jak się kogoś spotykało, to zamieniło się parę zdań. Szlaki zdarzały się tak nieprzechodzone, że poddające w wątpliwość swoje istnienie właśnie w tym miejscu. I to poczucie, że jestem w takiej dziczy, że czasami to aż trochę straszno. Ale jakże pięknie! Wiem, wiem, wspominam stare czasy, gdy idąc na dłuższą wędrówkę meldowało się do domu swoje pozostawanie w kręgu żywych, co parę dni wysyłając pocztówkę lub telegram z poczty z miejscowości spotkanej po drodze, a nie... smartfonem co godzinę😉.
Wierzę, naprawdę szczerze, że jeszcze wrócę do tych dni chwalebnych, gdy górskie szlaki pod moją stopą, z każdym krokiem, napawać mnie będą tą nieokiełzaną energią. Wierzę, że tak będzie i że będą to niezapomniane chwile.
Taki weekend
- ... będę się nudził. Nikt się ze mną nie będzie bawić...
- Sam się pobawisz.
- No tak. Mama zmywa garnki, Wiktoria się uczy, a tata patrzy w telefon albo się kąpie...
Synu! Cóż za fałszywy riserdż! Fatalny przegląd sytuacji! Jakże błędna interpretacja rzeczywistości! A wszystko to pokazuje, jak pozornie proste obserwacje, gdy brak im wnikliwości, doprowadzają do rysowania rzeczywistości w krzywym zwierciadle. No czuję się urażony 😉 Nie dość, że moi ucierpiałem wizerunkowo, to pozostałe aktorki tego spektaklu jawią się niemalże, jak obrońcy Stalingradu; bohaterki jego mać! A tata pławi się w kąpieli z pianą i roluje strony fejsBoga. Nic tylko się napić. Właśnie! Czy aby na pewno w lodówce schłodzone jest piwo, hę? Uff ... otóż jest. W końcu długi weekend, to długi weekend. On swoje prawa ma ... ku uciesze mej😀.
Wspomniawszy weekend, w dodatku długi. Smakuje nie gorzej niż chłodne piwko. A to smakuje gdy za oknem pogoda, jak marzenie. Słońce i temperatura oscylująca wokół "trzydziestki". Nawet ta sobota, będąca trzecim dniem tego najwspanialszego weekendu czerwca, mimo że zlana nieco deszczem, nie do pogardzenia. Ale olać olaną deszczem sobotę, skoro dwa poprzednie dni - wolny świąteczny czwartek i urlopowy piątek - zatankowały słońce i celcjusze po korek. Jest dobrze.
Kolejny ciężki miesiąc kopnął w kalendarz. Przede mną następny nie lżejszy. Tym bardziej wyglądam urlopu, który już za półtorej miesiąca - jak Bozia da - się uskuteczni. Najchętniej już teraz zacząłbym pakowanie. Ale jeszcze nie czas, jeszcze nie pora.
Ale! Nie pora też na marudzenie. W końcu sobota wciąż trwa.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)