Gwoli kronikarskiej powinności.
Sezon sportowy AD 2019 zakończyłem miesiąc temu, bo 27 listopada. Ale, że tam jeszcze gdzieś tliła się nieśmiała myśl, aby parę kilometrów jeszcze dorzucić do tegorocznego gara, to też z podsumowaniem sezonu się powstrzymywałem. A były ku temu powody niemałe, bo gdy w grudniu na termometrze pojawia się 15-16 st.C, to serce rwie się do boju i tylko wrodzona trzeźwość umysłu, którą ni whisky, ni bourbon zachwiać nie zmoże, trzyma w ryzach nogi, a trampki w szafce. Postanowiłem jednak, że wytrwam w postanowieniu i oddam swe umęczone stopy w ręce opatrzności, z wiarą, że kontuzjowaną od sierpnia lewą stopę w zimowej przerwie wreszcie uleczę. No może nie ja, a opatrzność, bo w swoje medyczne zdolności nie wierzę ni krztyny bardziej, niż w umiejętności konowałów maści wszelakiej. Tak więc oszczędzam się co najmniej do lutego, a najlepiej do samego jego końca. Co więcej, nawet Najlepszą z Żon pouczyłem (co przyjęła nad wyraz łagodnie), aby trzymała mnie silnie, gdybym chciał się wyrwać na ścieżki przed czasem. Przykazane ma, że nim puszczą lody na rzekach, a niedźwiedzie gawry opuszczą, gdybym w szale chuci jakiejś chciał wybiec i pobiec, to niczym Rejtan bezwąsy ma rzucić się na kafle plugawe u odrzwi ułożone i dramatycznie rozedrzeć koszulę na swych ponętnych piersiach białych i ... Dobra, ok, wystarczy, bo ponosi mnie wyobraźnia nie przystająca nieodległej szopce pod choinką ustawionej.
Do rzeczy. To był dobry rok. Najlepszy, w karierze mej osobistej. Od marca do listopada wybiegałem 407 km w 40 treningach. Średnia więc całkiem przyzwoita. Może sumaryczny dystans nie porywa, bo miałem sezony bardziej spektakularne, ale jestem całkiem szczerze zadowolony. Poprawiłem wszystkie swoje życiówki na średnich i długich dystansach, w tym w półmaratonie uzyskując czas 1:54:31. Gdy natomiast dołożyć do tego 1154 km przejechane na rowerze, w trakcie 22 treningów, to ten sezon jawi się zdecydowanie udanym. I wiem, że u wielu te liczby wywołają jedynie kpiący uśmieszek politowania, ale dla mnie, to naprawdę całkiem spoko wynik i chwalić się nim nie wstydzę. Dodam jeszcze, że rowerowy sezon zacząłem dopiero 23 czerwca (!). O ile bieganie było krajoznawczo nudne (z wyjątkami), to przeżycia z rowerowych wycieczek pozostaną na długo w mej pamięci.
Reasumując, raz jeszcze, to był dobry rok na asfaltowo-betonowych ścieżkach. I z niecierpliwością będę wyglądał pierwszych znaków wiosny, aby kolejny sezon był jeszcze bardziej udany.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz