FOTOGRAFIA

FOTOGRAFIA
" Mój magiczny FOTO świat" - Zapraszam do oglądania świata subiektywnym okiem mojego obiektywu ...

wtorek, 5 grudnia 2017

Stał się cud!

Wiara to czasami jedyne wyjście ...
Po pełnej dniówce w przybytkach nierządu, tfu!, chciałem napisać: służby zdrowia, wróciła mi wiara nie tyleż w zastępy boskie, co nadprzyrodzone zjawiska jako takie. Byłem świadkiem cudu, niezaprzeczalnego, namacalnego, na własnej skórze odczuwalnego. Nie mogę z nim dyskutować, nie mogę wątpić, musiałem uwierzyć i już.
Poczekalnia. Prowincjonalna, czwartoligowa przychodnia w Najbardziej Śląskim ze Śląskich Miast. Po rejestracji i samodzielnym załączeniu światła w korytarzu - to oznacza, ze jestem pierwszy! - dochtórki jeszcze nie ma, zasiadam najbliżej wejścia do gabinetu. Czekam. Pomału schodzą się inni chorzy, jak zombie wypełzają z różnych zakamarków. Godzina "0" zbliża się leniwie. Czekam jej jedynie od 50 minut - przybyłem wcześniej, żeby szybko "siebie załatwić". Nagle, na drewnianych schodach stuletniej kamienicy, szybki stukot trzewiczków na obcasie. O! to zapewne pani doktor nadciąga. Tak, to ona! Z przewieszonym karykaturalnie na ramieniu lekarski neseserem (a może torebką zwykłą?), w białych, zapewne sterylnych rajstopach (ponoć to jej znak rozpoznawalnym), w asyście pani z rejestracji niosącej, na wyciągniętych przed siebie rękach, jak cenny skarb, jak teczki z IPN-u, stos kartotek. Oj! będzie się działo. 
"O kolejności przyjęcia decyduje lekarz". Kartka na drzwiach nieco mnie zaniepokoiła. To może popsuć mój niecny plan sprawnego opuszczenie tego lokalu bez moralnego kaca. Zresztą, co tam kac! Ważniejsze, że muszę zdążyć na umówioną wizytę lekarską z Pierworodną. Wraz z pierwszym zawezwaniem z głębi gabinetu, robi się nieco bardziej nerwowo. Otóż najpierw pacjenci z dnia wczorajszego. Kuźwa, ale jak, zagięcie czasoprzestrzeni? Światy równoległe? Byty astralne kradnące energię i ... czas mój drogi? Dobra, czekam. Zerkam nieśmiało, a raczej nachalnie na zegarek. Średnia przyjęcia niezła - właściwie to dokładnie 7 minut na pacjenta. Jak ona to robi? Ma timer do gotowania jajek nastawiony??? Nieważne, czy chory, czy recepta jeno, czy "żalosłuchanie" - 7 minut i  do widzenia. Szacun. Do czasu jednak.
Po trzech pacjentach pierwsza przerwa. Hmm, nieźle, ani półgodziny roboty i "proszę państwa, muszę na chwilę wyjść". Czas powrotu - jakieś półtorej pacjenta później. Oby z podładowaną baterią i werwą do dalszej pracy. Czas, czas, czas ... Telefon z zegarkiem trzymam już więcej w dłoni, niż w kieszeni. Zdążę, czy nie? Dobra jest - reaktywacja! Next please!  Po pięćdziesięciu minutach przyjmowania (dla mnie to już 1h 40' pobytu), kolejne "proszę państwa ... itd". O fuck! Serio??? Adrenalinka skacze nieco powyżej poziomu max. Czuję przypływ energii i  ... właściwie czy mam po co tu czekać? Poza tym, że zaczynam wątpić w to, że załapię się na wizytę, czuję się ... całkiem dobrze. W sumie dociera do mnie, a przynajmniej dopuszczam taką możliwość, że wmówiłem sobie me złe samopoczucie, a somatyczne zaburzenia toć to tylko chyba moja chora psyche wywołuje. Czuję się już zdrowy. Przebieram stopami, aby się wyrwać z tej chorej poczekalni. Cud! Toż to cud!!! Ozdrowiałem! Nic mi już nie dolega. Bez łyknięcia tabletki, ba, bez jakiejkolwiek lekarskiej porady, wszystko zło co mnie gniotło, gdzieś minęło, ulotniło się, znikło. 
Nie mam po o tu już siedzieć. Ale daję systemowi ostatnią szansę: jeśli teraz nie zostanę wywołany, to idę w pizdu. I tu masz ci los! "Kosz Rafał - proszę". No to idę. Ostentacyjnie ściągam kurtkę i wieszam ją na krześle, rozpinam bluzę sugerując chęć bycia przebadanym przy pomocy stetoskopu, a nie jedynie "na oczy" zza biurka. "Proszę powiedzieć Aaaaaa...", osłuchanie z jednej "od dupy" strony, recepta się pisze. Wyciągam się żeby zerknąć u zanadrza pierwszych liter, co się rodzi: "amok...". Stop! "Pani doktor, a może ...". "Dobrze, jak pan sobie życzy". Jest nieźle. Klient nasz pan. Kocham lekarzy, którzy są mi potrzebni do wypisania recepty. No ale kto zna mnie lepiej, i to co mnie boli, niż ja sam? 
Tu wtrącę pewną anegdotę, prawdziwe zdarzenia, nie jakiś tam fejk, bardzo zabawne to to. Otóż znajoma kiedyś tez poszła do lekarza i już w drzwiach rzuca, że przyszła po antybiotyk. Co robi dochtór? Otóż bierze receptę i z miejsca wypisuje "antybiotyk", po czy wręcza ją zdziwionej kobiecie. No ale jak to??? "No przecież chciała pani antybiotyk" Doooobre 😀 Chciałbym wierzyć, że w tamtym przypadku lekarz był nie tylko rezolutny, co fachowy. Ale to tylko taki wkręt do dzisiejszej mej historii.
Na czym to ja skończyłem? Ach tak, mam receptę dokładnie na to co chciałem, zgodnie z ostawioną sam sobie diagnozą. Jeszcze tylko kwestia wypisania L-4. "Nie che pan ...??? 😲". "Nie, dziekuję, jakoś sobie poradzę pani doktor". "No, jak pan che" - i ta mina ni to zdezorientowana, ni wyrażająca pewien poziom niezrozumienia, politowania, czy wręcz braku szacunku.
Szalik, czapka, do samochodu. Teraz czas na wizytę Pierworodnej. Jestem na czas pod szkołą, gdzie zbieram ją tuż po trzeciej lekcji. Jesteśmy na kwadrans przed wyznaczoną godziną. Rejestracją, karta chipowa, krzesło w poczekalnie - pani dochtór jeszcze nie ma. Nie śpieszyła się, tylko pół godziny obsuwy. Ale spoko, tym razem jesteśmy pierwsi na liście. Zresztą, akurat do tego lekarza mam szacunek i zaufanie, więc spoko, nawet to spóźnienie bez słowa "sorry, za spóźnienie, że państwa olałam, że w dupie mam państwa czas i w ogóle walcie się roszczeniowe świnie". Wizyta na poziomie, bez historii, i co więcej bez kontynuacji w najbliższym czasie.
I to prawie koniec tej historii. Jest mniej więcej koniec pierwszej zmiany. Tak też się czuję. Wypruty, jak po robocie. Recepta niezrealizowana, bo apteki to teraz jeno chyba na zamówienie leki sprowadzają (sic!). Przeżyłem pięć dni bez leku, to do jutra jeszcze dotrwam. I teraz, to już na koniec definitywny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz