Za mną tydzień pełen różnych gatunkowo wrażeń i zwrotów akcji. Jak by nie było jednym długim ślizgiem dojechałem do piątku. Bywało różnie. Daleko od euforii, ale z dobrymi chwilami. Ale także z momentami, że "bez kija nie podchodź". jeden z drugim powinni na msze dać, że mi się pod rękę nie nawinęli, bo ... No, bo ... - i tyle wystarczy.
Piątkowo-sobotnia noc, początek weekendu. Ostatniego sierpniowego, wakacyjnego, letniego ... itd. Jak by go nie nazwać, to jest ... ostatni. Trudno to przyjąć do wiadomości bez bólu w duszy. Kurde, z nieukrywanym żalem żegnam się z latem. Wkur**a mnie to, że się kończy, i nic z tym zrobić się nie da. No ja pier***e ... !
Ranki już chłodne. 7-9 st.C, szyby zaparowane, w aucie, jak w lodówce. Trzeba było już wyciągnąć kurtkę - a to zniewaga niemała już. Kiedy pierwsze ciarki przebiegają po plecach, to znak że do lata powrotu już nie ma. Jeszcze dnie potrafią się rozhulać do dwucyfrówki z dwójką z przodu, ale noce skutecznie schładzają ten entuzjazm. Miniony dzionek był wielce przyjemny. Nie tylko z powodu słońca i ciepła. I tak się zastanawiam czy na fali tego stonowanego entuzjazmu, rzutem na taśmę, nie wykorzystać zaczynającego się weekendu na spuentowania lata jakąś wycieczką w miłe miejsce. gdzieś niedaleko, bez napinania się na cokolwiek, ot tak, żeby nie przesiedzieć końca lata w domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz