To, że nie wyskoczyłem dzisiaj z piżamy, nie oznacza, że kompletnie nic nie zrobiłem w tę świąteczną listopadową sobotę. Jednak łóżko, łóżeczko, łożunio było symbolem tego dnia, to niezaprzeczalny fakt. Nurzałem się w pościeli z niekłamaną rozkoszą przez nieprzyzwoicie długie godziny. Jak już wylazłem jednak z wyra, w końcu obrobiłem do końca zdjęcia z wakacyjnego urlopu! Ta-dam!
A tak na poważnie. Święto niepodległości... no i Dzień Św. Marcina. Świętowałem z poziomu łóżka, bo pogoda nijaka, dzieciaki na tyle chore, że nie do wyciągnięcia na coroczne uroczystości Marcinowe. W mieście obchody niepodległościowe, ich plan, nie zachęcały do wyjścia z domu, zwłaszcza samemu. Włączyłem więc TV z zamiarem obejrzenia oficjalnych, państwowych obchodów przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Z drżeniem serca, ale i z nadzieją, że może będzie ... normalniej. No i było. Prezydencka mowa sprawiła, że odetchnąłem. Bez mowy nienawiści, bez wykluczania "niewygodnych", bez promowania kogokolwiek- tak ja to słyszałem, takie moje jest osobiste odczucie. Dobrze. I nie zmieni tego wybuczenie Tuska podczas składania wieńca - wszak "wszystkiemu winien". A to, że nie pojawił się dzisiaj kurdupel, to tym razem sam sobie zrobił kuku - i to mi się podoba, bo może właśnie dlatego tak spokojnie było dzisiaj na placu Piłsudskiego.
W całym tym naszym polskim świętowaniu wciąż jednak dołuje mnie jedynie ta wszechobecna martyrologia i odarcie faktu niepodległości z chociażby krztyny radości, wesołości, pogodnego nastroju. Tylko armatnie salwy, wielkie słowa, zapalanie zniczy. Ok, ale mi brakuje zabawy i dumy z tego czym Polska jest teraz, współcześnie. Dlaczego nie możemy przy tej okazji chwalić się światu tym co teraz mamy najlepsze i stawiać na piedestały osiągnięcia tej wolności, którą przed 99 laty odzyskaliśmy? I nawet nie można powiedzieć, że to teraz nie wypada się uśmiechać, jak wszyscy widzimy, że ta wolność chwieje się i podupada. Przez te wszystkie lata III RP nie wyrobiliśmy w sobie tego radosnego nastroju z mieszkania w wolnym kraju.
Sobotni wieczór się zaczyna. Jeśli Młody szybko zaśnie, to kilka godzin ciszy będzie wisienką na torcie dzisiejszego lenistwa. Brakowało mi takiego dnia, bo już nie pamiętam weekendu bez genetycznego obciążenia "czymś co trzeba", "czymś co wypada", lub "czymś co warto". Ta sobota była w 100% domowa i zajadam się nią na maxa. A jeszcze cały wieczór ucztowania przede mną 😉
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz