FOTOGRAFIA

FOTOGRAFIA
" Mój magiczny FOTO świat" - Zapraszam do oglądania świata subiektywnym okiem mojego obiektywu ...

czwartek, 12 marca 2020

#COVID19


Już trzeci miesiąc po świecie panoszy się złowrogi wirus SARS-CoV-2. Jak dziś pamiętam, jak pod koniec grudnia, początki epidemii w chińskim Wuhan wszyscy śledzili z sensacyjnym podekscytowaniem. Teraz, gdy wirus przewala się już przez cały świat, zrobiło się już troszku straszno. Teraz to już nie tylko problem dalekich Chin, tylko pandemia której śmiertelne ofiary są liczone w tysiące, a liczba zidentyfikowanych zakażonych dawno już przekroczyła sto tysięcy.

Próba odnalezienia się w tej sytuacji, jakiegoś sensownego, racjonalnego, zajęcia stanowiska i podjęcia kroków mających na celu ochronienie siebie i bliskich, nie jest prosta. Nie ułatwiają tego też media, które najzwyczajniej w świecie z pandemii zrobiły lotny temat, którego liczne owoce odbiorcy bezrefleksyjnie łykają, jak gęsi. Narastająca mniej lub bardzie irracjonalna panika (czy paniko w ogóle może być racjonalna…?) rozprzestrzenia się skuteczniej niż sam wirus. Ja też nie jestem wolny od niepokoju. I nie jest to ekscytujące szczypanie w okolicach lewego przedsionka, które podkręca ciekawość i niecierpliwe oczekiwanie na coś, co ma się wydarzyć. To nie to. To niepokój, który nawet odarty z irracjonalnej skorupy, jątrzy i gniecie zwoje mózgowe.

W całym tym galimatiasie – a to określenie jest całkiem przystające do obecnej sytuacji – nie sposób odłączyć się od natłoku newsów spływających właściwie bez przerwy ze świata i bliższej ciału okolicy. I nawet racjonalne odsiewanie największego medialnego syfu nic nie wnoszącego do wiedzy o rzeczywistej sytuacji na daną chwilę, pozostawia mało optymistyczny obraz perspektyw na najbliższe dni, tygodnie, a pewnie i miesiące. Ten pesymizm staje się jeszcze głębszy, gdy zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy rozumieją powagę sytuacji. Gros głosów, które słyszałem lekceważy sytuację i można w nich wyczytać czysto egoistyczne podejście do problemu. „Ja tam się nie boję, mnie nie ruszy…”. Tak bezrefleksyjne podejście powoduje we mnie nie tylko niesmak, ale i nieme przerażenie ignorancją mego interlokutora. Bo czyż nie jest rzeczą oczywistą, że nawet brak obaw o własne zarażenie nie wyklucza tego, że to ja mogę zarazić kogoś? Nawet o tym nie wiedząc, bo absolutnie odrzucam trzeźwy zamiar i chęć przekazania komuś choroby. Prawo karne doskonale opisuje taką postawę, w której ewentualne dopuszczanie wyrządzenia komuś szkody penalizuje na równi surowo z zamiarem bezpośrednim wyrządzenia komuś krzywdy.

I tu docieramy do bulwersujących przykładów zachowań bliźnich, które gaszą mój płomień nadziei na rychłe wygaśnięcie rozpychającego się pośród naszego społeczeństwa paskudnego wirusa. I pozwolę sobie przywołać dwa, jakże różne przykłady, a mające jednak wspólny mianownik nad którym można tylko załamywać ręce – ignorancję.
Przykład pierwszy. Jakieś parę dni temu Najlepsza z Żon, pewnie chcąc skutecznie powstrzymać moje „lecenie na pysk” i wieczorne „samo-zamykanie się oczu przed czasem”, podłożyła mi przed nos tekst z Facebooka z jednego z forów dla matek (dzieci przedszkolnych chyba). Pytanie zadane na forum brzmiało mniej więcej tak: „Kochane, czy posyłacie swoje dzieciaki do przedszkola z takim zwykłym katarkiem?”. Pod tekstem rozpętała się oczywiście mniej lub bardzie gówniana burza. Natomiast ja chciałbym wierzyć, że zadane pytanie było rzucone „na aferę” i pytająca zaciera teraz ręce, jaki to harmider wywołała swoją prowokacją. Ale tak nie jest. Niestety. Tego rodzaju tępe pindy są rzeczywistymi postaciami w uniwersum przedszkolno-szkolnym. Mógłbym wiele na ten temat napisać, ale w moim słowniku najgorszych przekleństw i brudnych epitetów, nie ma aż tyle słów, aby opisać TAKĄ postawę TAKICH pind. Po prosto dno dantejskiego piekła, to mało. Powiem tylko tyle, że moje dziecko choruje przez mniej więcej połowę okresu jesienno-zimowego, i tak jest co roku, tak jest od trzech lat. Ale choruje w domu. Do przedszkola przychodzi zdrowe, po tygodniu wychodzi chore, i tak w kółko. Dlaczego? Bo jakaś Zosia, albo inny Brajanek miał „zwykły katarek” albo „zwykły kaszelek”, z którym mamusia wysłała do przedszkola. Ba!, przedszkola, raczej do cholernej wylęgarni wszelakich możliwych patogenów. Nie muszę zapewniać, że niestety przedszkola są żywo zainteresowane ograniczaniem liczebności dzieci w grupach, więc… Nie raz słyszałem narzekanie, jak zbyt wiele (bo zdrowych) dzieci jest jednorazowo w przedszkolu. Ale zawsze można coś z tym zrobić. Sposobów jest mnóstwo, a natura sypie pomocą, jak z rękawa. No chyba nic więcej dodawać nie trzeba. Acha! Tak na marginesie tematu - ch** mnie to obchodzi, że jedna z drugą nie ma gdzie zostawić chorego dziecka, że „bo ona musi” do pracy. W mojej rzeczywistości, pozbawionej dostępu do instytucji babci chętnej wzięcia zasmarkanego dzieciaka na przechowanie, przez te wszystkie lata borykam się z niedogodnościami natury i finansowej (bo ktoś musi z dzieckiem być) i duchowej (bo frustracja z powodu braku samorealizacji…!) ze względu na „chroniczny zespół chorobowy na podłożu przedszkolnym” dzieciaka, jakoś sobie radzimy. I kończąc tą dygresyjną prywatną wyprawę meandrami i poboczami ciemnej krainy codzienności – Taki apel. Choć nie spodziewam się odzewu: „Kochane pindy! Posiadanie dzieci to nie tylko niekończąca się radość, szczęście i modele na fejsbunia. To także równie głębokie pokłady trudnych wyborów, poświęcenia, rezygnacji z siebie, z wygodnego życia, jako ofiary spalonej na ołtarzu powinności względem będącego owocem miłości (czy też kaprysu posiadania) małego człowieczka i bliźnich mniej bliskich. Pomyślcie też czasem nie tylko o własnej dupie.

Interpolując powyższy przykład na dzisiejszą sytuację - pasuje, co nie? Tyle, że tym razem skutki mogą być opłakane. To, że dzieci są najlepszym nośnikiem dzisiejszej epidemii, to już wiemy. No bo czyż nie jest idealnym nosiciel, który sam nie chorując, rozsiewa skutecznie wirusa, hę? Sprzeda go koledze, koleżance, mamie, tacie, albo i hardcorowo wykończy babcię lub dziadziusia. Ha! No właśnie. Wczoraj słyszałem wypowiedź jakiegoś urzędnika (sic!) polecającego zostawianie dzieci z dziadkami lub babciami – to jako skutek zamknięcia od dzisiaj na dwa tygodnie przedszkoli i co za tym idzie problemami z zapewnieniem opieki milusińskim. Nic to, że właśnie starsi ludzie są głównymi kandydatami do zjazdu do bazy z powodu zarażenia koronawirusem. Potrafię zrozumieć skrajną nieodpowiedzialność (chociaż nie, nie potrafię) pindowatych „madek” pozbawionych umiejętności kojarzenia faktów, ale takie faux pas w ustach urzędnika referującego zalecenia na czasy zarazy?! No ręce opadają…

Przykład drugi. Postawa Kościoła Katolickiego na te dni. Kiedy wszyscy starają się, mniej lub bardziej, ograniczać zagrożenie, hierarchowie kościoła idą pod prąd. Odwołane zajęcia w szkołach, na uczelniach, zakaz zgromadzeń, odwołane koncerty i przedstawienia w teatrach, zamknięte kina i muzea, no robi się co da, aby ludziom nie dać sposobności gromadzenia się, bo w tłumie najniebezpieczniej na dzisiaj. Co robi Kościół? Ha! Zaleca zwiększenie ilości mszy w imię przerzedzenia ludzi w ławkach. Nie odwołuje mszy i apeluje o modlitwę we własnym zakresie, w domach, tylko zwołuje ludzi do kościoła jeszcze bardziej, niż zwykle. No paranoja jakaś! Przy całym moim – jak by nie było; aż sam sobie się dziwie – uznaniu dla państwowej administracji w dobie walki z wirusem, ciekaw jestem czy będą mieli na tyle wielkie jaja, aby zakazać Kościołowi tej dywersji. 
[edit: w momencie gdy publikuję ten tekst Episkopat jednak już zmienił zdanie i udzielił dyspensy od niedzielnego obowiązku. Alleluja!].

I tak na koniec jeszcze. Wczoraj Najlepsza z Żon wysłała mnie na małe zakupy. Spokojnie, nie będzie, że po strategiczne zakupy na czas potencjalnej kwarantanny. Choć … poniekąd trochę tak. 😉 Otóż Sklepy przeżywają na różną skalę, ale jednak, jakieś tam braki towarowe związane z panicznym wykupowaniem przez społeczeństwo makaronów, mąki, cukru czy papieru toaletowego. Ale dlaczego ludzie robią zapasy soli, tego nie wiem. A robią. Bo kupić sól, to nie jest teraz tak łatwo. Serio. Wczoraj tego doświadczyłem. I co ciekawe, a co dowodzi że i mnie rykoszet zakupowej paniki też dotyczy, gdy znalazłem w końcu w jednym niemieckim sklepie, to kupiłem ostatnie dwie torebki. Nie jedną, tylko dwie. Tak na wszelki wypadek. 😊

Tymczasem we wszechświecie i okolicy.
ON w centrum Zabrza po 4,76 PLN/L. Kryzys wywołany przez koronawirusa robi swoje…

Pogodynka.
Ciepluchno! Temperatura 17-18 st.C. Wiosna idzie! Tylko wieje okropnie, jakby się jako motyka obwiesiła!

#covid19 #covid-19 #pandemia #koronawirus #coronavirus

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz