Już trzeci miesiąc po świecie panoszy się złowrogi wirus SARS-CoV-2. Jak dziś pamiętam, jak pod
koniec grudnia, początki epidemii w chińskim Wuhan wszyscy śledzili
z sensacyjnym podekscytowaniem. Teraz, gdy wirus przewala się już
przez cały świat, zrobiło się już troszku straszno. Teraz to już
nie tylko problem dalekich Chin, tylko pandemia której śmiertelne
ofiary są liczone w tysiące, a liczba zidentyfikowanych zakażonych
dawno już przekroczyła sto tysięcy.
Próba odnalezienia się w tej
sytuacji, jakiegoś sensownego, racjonalnego, zajęcia stanowiska i
podjęcia kroków mających na celu ochronienie siebie i bliskich,
nie jest prosta. Nie ułatwiają tego też media, które
najzwyczajniej w świecie z pandemii zrobiły lotny temat, którego
liczne owoce odbiorcy bezrefleksyjnie łykają, jak gęsi.
Narastająca mniej lub bardzie irracjonalna panika (czy paniko w
ogóle może być racjonalna…?) rozprzestrzenia się skuteczniej
niż sam wirus. Ja też nie jestem wolny od niepokoju. I nie jest to
ekscytujące szczypanie w okolicach lewego przedsionka, które
podkręca ciekawość i niecierpliwe oczekiwanie na coś, co ma się
wydarzyć. To nie to. To niepokój, który nawet odarty z
irracjonalnej skorupy, jątrzy i gniecie zwoje mózgowe.
W całym tym galimatiasie – a to
określenie jest całkiem przystające do obecnej sytuacji – nie
sposób odłączyć się od natłoku newsów spływających właściwie
bez przerwy ze świata i bliższej ciału okolicy. I nawet racjonalne
odsiewanie największego medialnego syfu nic nie wnoszącego do
wiedzy o rzeczywistej sytuacji na daną chwilę, pozostawia mało
optymistyczny obraz perspektyw na najbliższe dni, tygodnie, a pewnie
i miesiące. Ten pesymizm staje się jeszcze głębszy, gdy zdaję
sobie sprawę z tego, że nie wszyscy rozumieją powagę sytuacji.
Gros głosów, które słyszałem lekceważy sytuację i można w
nich wyczytać czysto egoistyczne podejście do problemu. „Ja tam
się nie boję, mnie nie ruszy…”. Tak bezrefleksyjne podejście
powoduje we mnie nie tylko niesmak, ale i nieme przerażenie
ignorancją mego interlokutora. Bo czyż nie jest rzeczą oczywistą,
że nawet brak obaw o własne zarażenie nie wyklucza tego, że to ja
mogę zarazić kogoś? Nawet o tym nie wiedząc, bo absolutnie
odrzucam trzeźwy zamiar i chęć przekazania komuś choroby. Prawo
karne doskonale opisuje taką postawę, w której ewentualne
dopuszczanie wyrządzenia komuś szkody penalizuje na równi surowo z
zamiarem bezpośrednim wyrządzenia komuś krzywdy.
I tu docieramy do bulwersujących
przykładów zachowań bliźnich, które gaszą mój płomień
nadziei na rychłe wygaśnięcie rozpychającego się pośród
naszego społeczeństwa paskudnego wirusa. I pozwolę sobie przywołać
dwa, jakże różne przykłady, a mające jednak wspólny mianownik
nad którym można tylko załamywać ręce – ignorancję.
Przykład pierwszy. Jakieś parę dni
temu Najlepsza z Żon, pewnie chcąc skutecznie powstrzymać moje
„lecenie na pysk” i wieczorne „samo-zamykanie się oczu przed
czasem”, podłożyła mi przed nos tekst z Facebooka z jednego z
forów dla matek (dzieci przedszkolnych chyba). Pytanie zadane na
forum brzmiało mniej więcej tak: „Kochane, czy posyłacie swoje
dzieciaki do przedszkola z takim zwykłym katarkiem?”. Pod tekstem
rozpętała się oczywiście mniej lub bardzie gówniana burza.
Natomiast ja chciałbym wierzyć, że zadane pytanie było rzucone
„na aferę” i pytająca zaciera teraz ręce, jaki to harmider
wywołała swoją prowokacją. Ale tak nie jest. Niestety. Tego
rodzaju tępe pindy są rzeczywistymi postaciami w uniwersum
przedszkolno-szkolnym. Mógłbym wiele na ten temat napisać, ale w
moim słowniku najgorszych przekleństw i brudnych epitetów, nie ma
aż tyle słów, aby opisać TAKĄ postawę TAKICH pind. Po prosto
dno dantejskiego piekła, to mało. Powiem tylko tyle, że moje
dziecko choruje przez mniej więcej połowę okresu
jesienno-zimowego, i tak jest co roku, tak jest od trzech lat. Ale
choruje w domu. Do przedszkola przychodzi zdrowe, po tygodniu
wychodzi chore, i tak w kółko. Dlaczego? Bo jakaś Zosia, albo inny
Brajanek miał „zwykły katarek” albo „zwykły kaszelek”, z
którym mamusia wysłała do przedszkola. Ba!, przedszkola, raczej do
cholernej wylęgarni wszelakich możliwych patogenów. Nie muszę
zapewniać, że niestety przedszkola są żywo zainteresowane
ograniczaniem liczebności dzieci w grupach, więc… Nie raz
słyszałem narzekanie, jak zbyt wiele (bo zdrowych) dzieci jest
jednorazowo w przedszkolu. Ale zawsze można coś z tym zrobić.
Sposobów jest mnóstwo, a natura sypie pomocą, jak z rękawa. No
chyba nic więcej dodawać nie trzeba. Acha! Tak na marginesie tematu
- ch** mnie to obchodzi, że jedna z drugą nie ma gdzie zostawić
chorego dziecka, że „bo ona musi” do pracy. W mojej
rzeczywistości, pozbawionej dostępu do instytucji babci chętnej
wzięcia zasmarkanego dzieciaka na przechowanie, przez te wszystkie
lata borykam się z niedogodnościami natury i finansowej (bo ktoś
musi z dzieckiem być) i duchowej (bo frustracja z powodu braku
samorealizacji…!) ze względu na „chroniczny zespół chorobowy
na podłożu przedszkolnym” dzieciaka, jakoś sobie radzimy. I
kończąc tą dygresyjną prywatną wyprawę meandrami i poboczami
ciemnej krainy codzienności – Taki apel. Choć nie spodziewam się
odzewu: „Kochane pindy! Posiadanie dzieci to nie tylko niekończąca
się radość, szczęście i modele na fejsbunia. To także równie głębokie pokłady
trudnych wyborów, poświęcenia, rezygnacji z siebie, z wygodnego
życia, jako ofiary spalonej na ołtarzu powinności względem
będącego owocem miłości (czy też kaprysu posiadania) małego
człowieczka i bliźnich mniej bliskich. Pomyślcie też czasem nie tylko o własnej dupie.”
Interpolując
powyższy przykład na dzisiejszą sytuację - pasuje, co nie? Tyle,
że tym razem skutki mogą być opłakane. To, że dzieci są
najlepszym nośnikiem dzisiejszej epidemii, to już wiemy. No bo czyż
nie jest idealnym nosiciel, który sam nie chorując, rozsiewa
skutecznie wirusa, hę? Sprzeda go koledze, koleżance, mamie, tacie,
albo i hardcorowo wykończy babcię lub dziadziusia. Ha! No właśnie.
Wczoraj słyszałem wypowiedź jakiegoś urzędnika (sic!)
polecającego zostawianie dzieci z dziadkami lub babciami – to jako
skutek zamknięcia od dzisiaj na dwa tygodnie przedszkoli i co za tym
idzie problemami z zapewnieniem opieki milusińskim. Nic to, że
właśnie starsi ludzie są głównymi kandydatami do zjazdu do bazy
z powodu zarażenia koronawirusem. Potrafię zrozumieć skrajną
nieodpowiedzialność (chociaż nie, nie potrafię) pindowatych
„madek” pozbawionych umiejętności kojarzenia faktów, ale takie
faux pas w ustach urzędnika referującego zalecenia na czasy
zarazy?! No ręce opadają…
Przykład drugi. Postawa Kościoła
Katolickiego na te dni. Kiedy wszyscy starają się, mniej lub
bardziej, ograniczać zagrożenie, hierarchowie kościoła idą pod
prąd. Odwołane zajęcia w szkołach, na uczelniach, zakaz
zgromadzeń, odwołane koncerty i przedstawienia w teatrach,
zamknięte kina i muzea, no robi się co da, aby ludziom nie dać
sposobności gromadzenia się, bo w tłumie najniebezpieczniej na
dzisiaj. Co robi Kościół? Ha! Zaleca zwiększenie ilości mszy w
imię przerzedzenia ludzi w ławkach. Nie odwołuje mszy i apeluje o
modlitwę we własnym zakresie, w domach, tylko zwołuje ludzi do
kościoła jeszcze bardziej, niż zwykle. No paranoja jakaś! Przy
całym moim – jak by nie było; aż sam sobie się dziwie –
uznaniu dla państwowej administracji w dobie walki z wirusem, ciekaw
jestem czy będą mieli na tyle wielkie jaja, aby zakazać Kościołowi
tej dywersji.
[edit: w momencie gdy publikuję ten tekst Episkopat
jednak już zmienił zdanie i udzielił dyspensy od niedzielnego
obowiązku. Alleluja!].
I tak na koniec jeszcze. Wczoraj
Najlepsza z Żon wysłała mnie na małe zakupy. Spokojnie, nie
będzie, że po strategiczne zakupy na czas potencjalnej kwarantanny.
Choć … poniekąd trochę tak. 😉
Otóż Sklepy przeżywają na różną skalę, ale jednak, jakieś
tam braki towarowe związane z panicznym wykupowaniem przez
społeczeństwo makaronów, mąki, cukru czy papieru toaletowego. Ale
dlaczego ludzie robią zapasy soli, tego nie wiem. A robią. Bo kupić
sól, to nie jest teraz tak łatwo. Serio. Wczoraj tego
doświadczyłem. I co ciekawe, a co dowodzi że i mnie rykoszet
zakupowej paniki też dotyczy, gdy znalazłem w końcu w jednym
niemieckim sklepie, to kupiłem ostatnie dwie torebki. Nie jedną,
tylko dwie. Tak na wszelki wypadek. 😊
Tymczasem we wszechświecie i okolicy.
ON w centrum Zabrza po 4,76 PLN/L.
Kryzys wywołany przez koronawirusa robi swoje…
Pogodynka.
Ciepluchno! Temperatura 17-18 st.C.
Wiosna idzie! Tylko wieje okropnie, jakby się jako motyka obwiesiła!
#covid19 #covid-19 #pandemia #koronawirus #coronavirus
#covid19 #covid-19 #pandemia #koronawirus #coronavirus
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz