Dzień dobry Szanowni Czytelnicy!
Piękne mamy latoś święta Wielkiej Nocy! Bo i pogoda dopisuje i jakoś tak ogólnie i w szczególności nastrój świąteczny dobrze zbalansowany z czasem przeznaczonym na wypoczynek. Szczególnie dzisiaj, gdy ten drugi dzień świąt jest li tylko bonusem od kalendarza, na pominięcie poniedziałku w rozpoczynającym się tygodniu, a pozwalającym biegać (jakie biegać?! Leżeć raczej!) w gaciach bez krępacji do samego wieczora. Tak jest. I tak jest prawidłowo.
Dotarły mnie ostatnio informacje z rynku prasowego, że w środowisku zainteresowanym moją grafomanią, zrodziła się obawa o mój stan ducha i zdrowie psychiczne, ogólnie rzecz ujmując o mą kondycję, ale tą niezwiązaną z krzepieniem ciała. Trochę mnie to zaniepokoiło, też. Przynajmniej to, że ciąg liter, wyrazów, zdań spod mego pióra (klawiatury), może wywoływać reakcje bytów niezależnych i wzmożenie troski o osobę mą skromną. Poniekąd też zaintrygowało, ale o tym później nieco.
Zwołałem więc naprędce (cóż za urocze słowo!) kolegium redakcyjne naszego periodyku, aby omówić na gorąco zaistniałą sytuację. Dyskusja była cicha, aczkolwiek ożywiona. Cicha - bo we wnętrzu moim się odbywała. A ożywiona - bo dyskusja z kolegami zawsze taka jest. Szczególnie, jak wyrywny i pełnokrwisty Hyde dochodzi do głosu. No bo z kolei Mr Jekyll, to spolegliwością swoją raczej wycisza ton dyskusji wszelakich. Tym razem było jednak na ostro; kurcze, tak z dużą dozą bhut jolokia. W pewnym momencie, Hyde zaproponował głosowanie nad zamknięcie "Ravkosz po mojemu" i wycofanie się z rynku czytelniczego. Tego się nie spodziewałem. Co więcej, nie spodziewałem się jeszcze bardzie tego, że dr Jekyll przyklaśnie temu pomysłowi. Hola!, hola, Panowie! Na całe szczęście TO JA dzierżę hasło do google'a i TO JA decyduję o istnieniu lub wyniesieniu do piwnicy kartonu z tym blogiem. Ufff, dobrze, że nigdy nie udostępniłem logowania i nie wpuściłem Hyde'a i Jekyll'a do administrowania. Tak więc uspokajam, choć pomysł był nawet dla mnie nęcący, jak na razie "Ravkosz po mojemu" zostanie taki, jaki jest. Nadal więc będę gnębił Was, Moi Drodzy, tym co pod czaszką naszej trójcy się rodzi, od czasu do czasu. Hyde wyżarty jest i spasiony, bardziej niż ja, to częściej dochodzi do głosu niż grzeczny, ale zagłodzony brakiem zdrowej strawy, Jekyll. Ja też nie zawsze trzymam rękę na pulsie, aby ich artykułu sprawiedliwie, po równo, trafiały do publikacji. No zagoniony jestem, i tyle. Obiecuję jednak trzymać w ryzach Hyde'a, żeby nie przeginał. Natomiast z mojej strony obiecuję, solennie przyrzekam, że ja osobiście, będę nadal tak niepoprawny politycznie, tak bezkompromisowy i niejednoznaczny, jak tylko potrafię. 😈
Ale wracając do motywu przewodniego dzisiejszego listu...
Chciałbym w tym miejscu (Hyde, zamknij się! Teraz JA mówię!) złożyć oświadczenie. Otóż (Jekyll, weź mnie nie szarp...!) składam kategoryczne dementi, jakoby z mym zdrowiem psychicznym było coś nie tak. Jestem oczywiście niezrównoważony. Natomiast odpie***la mi dokładnie tak samo, jak zawsze. Tu nic się nie zmieniło. Jestem, a właściwie jesteśmy (tu ukłon w stronę kolegów), taką samą ekipą nieszkodliwych wariatów, uroczych zwyrodnialców i szczęśliwych wisielców, jak zawsze.
Koniec dementi.
Tak, że, ten tego, dalej będę (no dobrze! Będziemy!) karmił (karmili) Was, o Drodzy Czytelnicy!, porcjami mniej lub bardziej zjadliwej treści. Za każdym razem warto, na wszelki wypadek, łyknąć sylimarol ("przed użyciem prześpij się z lekarzem, lub farmaceutką") zanim połkniesz, bo nigdy nie wiadomo, jak ciężkostrawna może być zawartość zdań i fraz spod klawiatury bez "c" i "v". A że może być różnie, no cóż ... Jak ja lubię wrazić kij w mrowisko, to wiem tylko ja! Jak ja uwielbiam dwuznaczności! Wieloznaczności i niedopowiedzenia są wodą na młyn mojej tfffurczości. Niezbyt lotne grafomańskie me pióro potrzebuje kontrowersji i zadawania niewygodnych pytań i roztrząsania nawozu po polu. Próżno szukać w zawartości mej duszy pięknych, wysublimowanych, poetyckich uniesień. Jam czek z ludu, obarczony rzeczywistością, która wymaga grubego kija, nie pszenicznego źdźbła, do odganiania wściekłych psów, które kąsają po kostkach (ale poszedłem, łał...!). Tworzenie kolejnego alter ego, jest dla potrzeby chwili, tematu, komentarza na gorąco, tak oczywiste i naturalne. Ktoś, kto personifikuje, jako autora, zawsze mnie, ten w błędzie jest wielkim, jak wielbłąd. NIE WIERZCIE INTERNETOM!, Kochani 😉.
Wczoraj zasłyszałem całkiem fajną konstrukcję słowną, którą za autorem - Romanem Kostrzewskim - pozwolę sobie przywołać, dla pamięci, mojej pamięci. Bo ładne to to. Parafrazując na własne potrzeby jego słowa. Postać uskrzydlona marzeniami, często traci pióra w zderzeniu z rzeczywistością. Natomiast trudno to jednoznacznie ocenić, określić czy to dobre czy złe, bo tracąc skrzydła mocniej stąpa się po ziemi. Hmm ... Dobrze? Źle?
Ja tam swoimi skrzydłami nieraz haratałem o asfalt i zamiatałem piórka. Jakoś jednak, może nieskładnie i chaotycznie, jak motyl, jednak unoszę się, czasami, ponad ziemią. Innym razem pięty bolą od maszerowania po wybojach. No różnie jest. I nie mówię, że jest dobrze, czy źle. Jedno i drugie jest naturalne. Jak jogurt.
No to WESOŁYCH ŚWIĄT! ... na te po świętach 😀
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz