Taka leniwa niedziela.
Fajna pogoda, jeszcze ze słońcem, jeszcze w miarę ciepła - jeśli oczywiście 17-18 st.C można podciągnąć pod kategorię: "ciepło". Chyba można, przykładając odpowiedni poziom relatywizmu pogodowego. Jak by na to nie patrzeć, to przyjemny dzionek właśnie dogasa wraz z łuną schowanego już dawno za horyzontem słońca.
Dzień upłynął leniwie począwszy od porannej mszy w kościele, poprzez niedzielny obiadek, kończąc na kawce u babci, poprzedzoną błyskawiczną wizytą w centrum handlowym.
Co do dzisiejszej mszy, to ponieważ Tuśka w szkole ma religię na "wysokim poziomie", to musi być na bieżąco i co tydzień bywać na mszy trzeba. A tak na poważnie, to dobrze jej zrobi ten mini-rygor w naszym tak nieuporządkowanym małym świecie. Niech i tak będzie, że szkoła, coniedzielna msza, czy czwartkowa msza szkolna, będą stanowić kręgosłup, a przynajmniej bazę dla moralno-społecznego wychowania naszej córy i jakieś trwałe, pewne, obowiązkowe pozycje kalendarza. Będziemy musieli conieco poukładać nasze chaotycznie pędzące na złamanie karku kolejne tygodnie. Takie minimum. I nie szkodzi, że wymuszone. Wyjdzie to na dobre i Tuśce, i nam wszystkim. Niech będzie to zaczątek, który może pozwoli nam zorganizować się lepiej niż dotychczas ma to miejsce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz