Jak tak dale pójdzie, to już niedługo wkroczę, z dumnie podniesionym brzuchem, w erę Misiaka. Ten cykliczny etap egzystencji napada mnie z częstotliwością nieregularną, a co bolesne, coraz częstszą. I coraz mniej mi się chce siłować, żeby się wyrwać.
Jest taki moment w życiu każdego faceta, przy zapinaniu spodni, kiedy to krystalizuje się myśl, że trzeba by jednak przyhamować - a piszę to przeżuwając ostatni kęs kanapki z kiełbasą - z jedzeniem.
Znowu.
Waga jest nieustępliwa w swoich przekonaniach, a kurczenie się garderoby iście niepojęte. Wskazówka wagi niebezpiecznie zbliża się do czerwonego pola oznaczonego, jako "brak przyzwoitości", a co do spodni, to nie można cały czas się upierać, że w praniu jeans się zawsze trochę zbiega. Lustro też krzywo na mnie jakoś patrzy - a ja nie pozostaję mu dłużny. Mimo to brakuje chęci. Warunek podstawowy, tak oczywiście niezbędny do aktywacji się na jakimkolwiek polu.
Każdego wieczora zastanawiam się czy to znowu już ten moment. I idę do kuchni zaspokoić żądze. Taka już ta moja silna wola. Ale jak trzeba komuś wyłożyć "know-how" w temacie, to jestem oczywiście pełen zapału prostować komuś ścieżki. Teoretykiem jestem coraz lepszym, ale praktyka u mnie podupada. Może to już wiek nie ten (bez śmiechu proszę) ? Może po prostu nie mam siły na kolejne zadania do wykonania ? Może dla siebie szkoda mi marnować energii, bo potrzebuję jej gdzie indziej ?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz