Trochę zza zasłony. Taki come back z dalekiej podróży. Bo Morfeusz już zagarnął mnie ku sobie. Bo już prawie, że spałem. Wyrwałem się. I jestem. Przynajmniej na chwilę. Przedłużając magiczny czas. Kiełzając sobotnią noc, wyrywając ją z objęć niedzieli. Gdzieś pomiędzy waniliowym aromatem wydobytym z McNair's, a trzepotem skrzydeł nocnego motyla prószącego pył w zmęczone dniem oczy, w asyście odgłosów filmu z TV, kilka słów o dniu minionym.
Oz okazał się baśnią umiarkowanie fajną. Niech fakt, że dwa razy walczyłem z drzemką podczas seansu będzie najlepszym wyrazem moich uczuć względem tego dzieła. Ale byłbym też trochę nie fair gdybym powiedział, że film był beznadziejny. Nie, taki nie był. Ale czy drugi raz bym chciał go zobaczyć ? - nie sądzę. Było, minęło. I mam wrażenie, że Tuśka też ochami i achami sypać nie byłaby chętna. Natomiast spędzony razem sobotni czas oczywiście nie do przecenienia. I film nie ma tu nic do rzeczy.
Popołudniowa wizyta u ciotki i wujka. Miło. Zawsze mam poczucie satysfakcji gdy z całotygodniowej zawieruchy jestem w stanie wygospodarować tę chwilę na wizytę czy to u nich, czy u mamy, teściowej, znajomych ... Po prostu, gdy mogę kogoś nawiedzić miast gnuśnieć na kanapie. Pielęgnowanie społeczno-rodzinnych ogrodów jest równie ważne, jak oddychanie. Jeśli nie dbasz - zabijasz. A przynajmniej godzisz się na to, nawet jeśli masz sto powodów, tysiąc wymówek, milion usprawiedliwień. Dlatego tak cieszą mnie takie drobnostki, podnoszą na duchu. Są jak zaczerpnięcie głęboko powietrza, jak życiodajny oddech, jak kropla wody na wysychającą ziemię. Wszystko rozkwita. Przynajmniej na chwilę, aż znowu nie zaniedbam.
Wieczór w centrum handlowym. Był. I zakończmy tym, że zakupy tym razem przysporzyły mi jeśli nie satysfakcji, to przynajmniej w pewnym stopniu zadowolenia.
Nie chcę iść spać. Mimo, że walczę z opadającymi powiekami. Jeśli się poddam, to obudzę się na progu niedzieli, końca weekendu. Perspektywa znienawidzonego poniedziałku mnie przytłacza. Nie potrafię wskrzesić w sobie aż tak wiele optymizmu, aby podejść do tego na luzie, ze spokojem ducha. Jestem zmęczony codziennością. Masakrycznie zmęczony. To już nie jest zwykłe zmaganie się, to raczej walka z każdym kolejnym dniem. Potrzebuję odskoczni, czegoś co skupi moją energie nie tylko na pracy. Odhaczanie kolejnych tygodni nie wnosi niczego, nie przynosi żadne wartości dodanej do mojego życia. Brak mi pasji. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dookoła siebie widzę podobne zachowania, wyczuwam podobne złe emocje. Nie sprawia to, że czuję się lepiej. Co z tego, że nie sam topię się w tym bagnie ?
Ale dobra. Koniec jęczenia ! Mamy weekend. Sobotnia noc ma swoje prawa. Nawet jesli brak jej gorączki, to trzeba się otrząsnąć i celebrować minuty i godziny w zawieszeniu pomiędzy świętem, a codziennością. Choć za oknem mróz, to w dusze niech się leje żar. Trzeba ogrzać serca i rozgonić mrok ! Muzyka !
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz