Kiedy to ostatni raz spędzaliśmy niedzielę w domu ...? Spoglądając w kalendarz trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Musiałbym naprawdę głęboko sięgnąć pamięcią, żeby odszukać taki dzień. Całe lato, mimo że było takie rwane i na pozór bezbarwne, okazuje się być spędzonym nad wyraz aktywnie. Sam jestem zaskoczony tym odkryciem. Wygląda bowiem to tak, że lato było nie tylko gorące (ach ten sierpień!), ale i bardzo udane ... wakacyjnie. Mimo, że urlop mieliśmy taki ... jaki mieliśmy.
Dzisiaj się lenimy. Każdy na swój wypróbowany sposób. Ja to przechodzę właściwie małą rekonwalescencję po sobotnim wieczorze. Siedzę przed kompem - może to mało wyszukane zajęcie, ale w lenistwo wpisuje się elegancko. Pozostała część stada też nie grzeszy zaangażowaniem w życie rodzinne, czy już nawet nie wspomnę o zadbanie o domowy porządek vel sprzątanie po imprezie. Ale tak jest dobrze. Ta niedziela taka jest i inna być nie powinna.
Szkoda, że w TV nie ma akurat jakiegoś filmu wartego obejrzenia, bo akurat miałbym ochotę. Wyłożyłbym się wygodnie przed ekranem i może ... bym nie usnął. Ale jak robię z pilotem w dłoni przebieżkę po programach, to jeno marszczę brew nad lewym okiem - kompletnie nic wartego uwagi, szmira z nieporozumieniem.
Zgłodniałem nieco. Naprędce skonsumowany niedzielny rosół postawił mnie co prawda na nogi, ale reaktywując mnie do życia obudził też cielesne pragnienie spożycia czegoś bardziej konkretnego. To znak, że niemiłe skutki związane z metabolizmem alkoholu już minęły. Toteż sznupię sobie po lodówce i strzepuję niniejszym okruchy chleba z klawiatury. Właściwie nie chleba, a podsuszonej bagietki, która została po wieczornym zakąszaniu.
Za oknem paskudna dzisiaj pogoda. Teraz na termometrze 14,9 st.C a od samego rana duje wiatr. Okna pozamykane. To o czymś świadczy. W sumie dobrze. Bo jeszcze przyszłaby mi ochota zakończyć ten dzień zrzucając pidżamę w imię wieczornego spaceru. A tak mogę sobie bez wyrzutów sumienia dokończyć te niedzielne leniuchowanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz