Popylając w szmacianych espadrylach i krótkich galotkach do Żabki, w celu niwelacji deficytu musztardowego, gdy temperatura dojrzałego wieczora to wciąż ponad 22 st.C, a z chodnika promieniuje ciepło i unosi się duszący kurz, trudno sobie wyobrazić, że Ponbóczek na jutro wyrychtował nam jakąś plagę dojmującego chłodu z deszczem. No to się po prostu nie godzi! Gotów jestem pomyśleć, że Najwyższy miał ch****y piątek i złośliwie, lub dla zwykłej beki, postanowił dojechać śmiertelnych, coby im uśmiech z ryjów zetrzeć. Zastrzegam jednakowoż, że mój Ponbóczek by takiego świństwa nie zrobił. Pytanie więc : kto w tym macza paluchy, hę?
W kieliszku perli się - o tak!, zaiste perli - czerwony rocznik 2014. Przyniesiona z piwnicy jednak z ostatnich butelek nie zawiodła i musuje, jak tego od niej oczekiwałem. Musuje! W smaku raczej bez zmian od ostatnio otwieranej sztuki. Wygląda na to, że burzliwe dojrzewanie ma ten rocznik już za sobą. Na zagrychę kiełbacha z patelni, z cebulką. O dziwo jedno z drugim się świetnie komponuje. Na potrzebę chwili tłumaczę sobie, że dobroczynne polifenole zaciekle tłuką po łbach tłuste cholesterole. Taka walka dobra ze złem; Batmana z Jokerem; takie Gwiezdne Wojny. Albo odzierając ten oto posiłek ze wszelkich filozofii, to po prostu jest dooooobre. 😀 Tak oto piąteczek na finiszu konsumuję.
A piątek był wielce zajmujący, żeby nie powiedzieć cholernie męczący. Z zakończeniem towarzyskim, ale jednak na poziomie przyzwoitości. Cały ten tydzień był dla mnie bardzo pracowity. A to dopiero przedostatni tydzień miesiąca; więc jaki będzie ostatni? Jak by nie było, lawirowałem pomiędzy szykanami, jak Kubica za dawnych lat. Na szczęście z pozytywnym wynikiem. Ten weekend to ostatni pit stop przed finałowym okrążeniem.
Lato też finiszuje. Wczoraj i dzisiaj po 28 st.C. Ponoć ostatnie takie dni, eh.... Automatycznie się krzywię na samą myśl o zmianie pogody Z drugiej strony, czyżbym nie miał większych zmartwień, żeby zajmować się pogodą? Otóż tych oczywiście nie brak, tylko pieprzona pogoda jest tak banalnie prosta do analizy, oceny i przeklęcia.
Pogodowe prognozy przekreśliły jutrzejszą potencjalną rowerową wyprawę. Nie miałem w planie niczego spektakularnego, ale jakąś krótką przejażdżkę po Zabrzu, z chęcią bym uskutecznił. Wczoraj, korzystając z pięknego wieczora, pobiegałem nieco. Dobrze się biegło po tygodniowej przerwie. To tylko potwierdza moją tezę, że bieganie i jazda na rowerze, zupełnie nie wchodzą sobie w drogę. W tym miesiącu więcej jeżdżę, niż biegam. Jeśli jednak pogoda się zepsuje, to rower przegra wyścig z trampkami. Po prostu bieganie jest mniej wymagające od pogody. To dobrze i źle. Źle, bo nowe hobby mnie autentycznie kręci. Dobrze, bo bieganie to przecież inna, wyższa klasa aktywności fizycznej. No cóż, zobaczymy, jak to będzie dalej; co w tym roku jeszcze zrobię dla zdrowia swego i krzepy swej.
Tymczasem we wszechświecie i okolicy.
- polscy siatkarze przegrali 2:3 z Argentyną. To był słaby mecz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz