FOTOGRAFIA

FOTOGRAFIA
" Mój magiczny FOTO świat" - Zapraszam do oglądania świata subiektywnym okiem mojego obiektywu ...

wtorek, 25 września 2018

Zły dzisiaj księżyc, Panie.

Przyszła nocą. Zaatakowała gwałtownie, bez pardonu. Tylko zza opuszczonych rolet obserwowaliśmy, jej wściekłą ofensywę. Targała, szarpała, zalewała, huczała. W bezpiecznym betonowym schronie. Tylko przez kominy wiatr gwizdał dopominając się o uwagę.
Gdy wypełzłem w poniedziałkowy przedranek, w ciemność, z kapturem naciągniętym na czoło, ulica pokryta była trupami, nie martwych jeszcze, liści wierzb. Potem dzień pokazał, że jedna z wierzb, ta tuż za oknem, straciła swój wielki, gruby konar. Owiał mnie chłód nocy. Ponury widok pobojowiska dopełniały walające się wszędzie, wyrwane drzewom drobniejsze gałązki. Wiatr marszczył powierzchnie kałuż. Jeszcze cały dzień wiał z niemiłosierną siłą. Koniec końców, popołudniowe niebo było tak przewiane, że po przeczystym błękicie żeglowały epicko potargane białe chmurzyska podbite czarnym burzowym atłasem. Mimo słońca było zimno, co podnosił do n-tej potęgi nieustający wiatr. Termometr pokazywał tyko 13 st.C.
W dzisiejsza poranną noc wyruszyłem z księżycem, w pełnej mocy jego zimnego światła. Złowrogo kładł swój blask na drogę. Rozbita ciemność ostro kontrastowała z  nieoczekiwanym, hipnotycznym światłem. Przynajmniej dzisiaj nie usypiałem podczas drogi. 
Czyste niebo nie zatrzymało resztek wspomnień ciepła; było jeszcze zimniej niż wczoraj. Przestało wiać. Jednak nawet to, plus cały dzień słońca, nie podbiło słupka rtęci. W najcieplejszym momencie dnia nie było więcej niż 11 st.C. Pierwszy raz tej jesieni wymarzłem w pracy. Smakowała gorąca herbata z rana; bardzo.

To nienajlepszy czas. 

Chłód. Słońce, któremu nie można ufać. Samopoczucie, jakieś takie. Podminowane nerwy, które lekko trącone niebezpiecznie mocno drżą. Gry planszowe rysowane na bieżąco przez Młodego. Potem: "Tato, zrobisz naleśniki?". Zrobię - bo dzieci - najlepsze, bez przepisu, z głowy. Gdzieś uciekła reszta dnia, a zmrok niespodziewanie spadł na ziemię. Telefon z pracy podany wprost do wanny, bo rozgrzewam zaziębione kości. Kolorowe pranie kręci się w pralce. Jak zwykle nie che mi się wyleźć z wanny, z ciepłej wody; tym razem nieco bardziej. Podomowe (taka ich rola niewiadomo czemu) długie dresiaki z obniżonym krokiem, całe w myszki Mickey, są ciepłe, ale nie polepszają jakoś nastroju. Podobnie grube skarpety w norweskie wzory (bo od podłogi ciągnie jakoś). I nawet smażone na maśle boczniaki z kuchennej plantacji.
W całej tej scenerii niespasowanych ze sobą detali, w głowie przetacza się zawierucha nie mniejsza, niż ta niżowa, sprzed dnia. Początek jesieni to ponoć dobry moment na porządki, toteż trochę przemyśleń wpuściłem w zapchane szuflady. Z dna szafy wyłażą różne takie dziwne, zakurzone, nieco trącące stęchlizną i drażniące głowę myśli. Trzeb je poskładać, poukładać, przewartościować i przydzielić odpowiednio niską, lub wysoką półkę. Tak, żeby nie zaglądać do nich zbyt często, żeby nie właziły w oczy, żeby nie potykać się o nie każdego dnia. Zbyt często ostatnio spadają mi na głowę. To nie tylko jesienna chandra. 
I znowu już późno. Cholera!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz