Dotrwałem do weekendu. Pierwszy tydzień w pracy po urlopowej przerwie okazał się dla mnie bardzo trudny. Nie dość, że dwa tygodnie przerwy wybiły mnie z roboczego rytmu, to poraz pierwszy wracałem do pracy tak "oczekiwany" przez wszystkich moich szanownych ciemiężycieli. Nie mogłem się skupić na wejściu w rytm, tak jak to dotąd bywało gdy byłem szerzej nieznanym trybikiem, o którego istnieniu mało kto wiedział. Nie chodzi tu jedynie o sam komfort, o łagodne ponowne wprowadzenie, lecz o praktyczne uniemożliwienie wykonywania swoich "normalnych" obowiązków, które zostały wypchnięte przez niezliczonej ilości zadania i "misje specjalne", które czekały tylko na mój powrót i jak lawina zwaliły mi się na głowę. Sytuacja jest o tyle frustrująca, że bardzo nie lubię gdy nie jestem na bieżąco. A nie jestem. I to mnie wkurza niemiłosiernie. Daleko mi to perfekcjonizmu, jednak coś takiego w sobie mam, że nie toleruję niedoróbek, zaległości, fuszerki. Nie zaznam spokoju dopóki nie mam wszystkiego wyprowadzonego na prostą. A nie mam. I dlatego nie mogę powiedzieć, że jest OK, bo jest cholernie daleko od OK. Na dodatek, jak sępy na padlinę czekali na mnie geniusze uzdrawiający na siłę, lecz zupełnie bez pomysłu, naszą firmę - ale to już zupełnie inna historia. Wspominam o nich tylko dlatego, że i oni mają swój niechlubny udział w wyrwaniu mi sporej ilości czasu, który mógłbym lepiej spożytkować i dla siebie i przede wszystkim dla firmy. Na całe szczęście ich czas pomału dobiega końca.
Jest piatek (właściwie to już sobota). Najlepszy moment tygodnia. W perspektywie weekend w Międzybrodziu. Przynajmniej grill, a jak pogoda pozwoli to może i ognisko do głębokiej nocy. Taka odskocznia jest mi w tej chwili potrzebna tak bardzo, jak miniony urlop po całym roku w pracy. Czuję się wypalony jak rzadko, wręcz zajechany. To strasznie niepokojące stwierdzenie biorąc pod uwagę to, że dopiero co zakończyłem ładowanie akumulatorow na cały kolejny rok. Ale mam nadzieję, ba, jestem o tym przekonany, że to tylko kwestia chwili, podłego nastroju na który złożyły się wszystkie wydarzenia tego paskudnego tygodnia. Muszę tylko wyjść na prostą ze wszystkimi zaległościami i od razu pewnie inaczej spojrzę na świat.
Jest już po północy. W telewizji dobiega końca fantastyczne widowisko otwarcia olimpiady w Londynie. To chyba najlepiej wyreżyserowane olimpijskie otwarcie, jakie pamiętam. Jeśli cała olimpiada będzie na takim poziomie, to czeka nas wyjątkowe święto sportu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz