Uuuaaahhh! (przeciągnąłem się zamaszyście). Pobudka. Właśnie wstałem.
Kolejny dzień przesypiam popołudnie, żeby zmartwychwstać wieczorową porą. Który to już dzień z rzędu? Sam nie wiem. Trawi mnie zimowa śpiączka. Mimo, że za oknem odwilż rodem z marcowego krajobrazu, to ja wciąż mam niedźwiedzie podejście do spędzania śniegolubnej pory roku. Tym samym rozmieniam na drobne kolejne godziny swego życia. A przecież co krok pieję pieśń w te tony, że "szkoda godzin na sen". Ale to weekendami raczej; a to co innego. To inna bajka.
Niezła środa-smroda. Pracowita, ale z pozytywnym wydźwiekiem i finiszem godnym braku potępienia. Można by rzec, że kawał dobrej roboty, to i nastroje nie gorsze. Tym samym i po popołudniowo-wieczornej drzemce humor mi dopisuje. Całkiem, całkiem mi jest. Mimo, że kucom i coś mi tam "w pucach gro", to nie tracę animuszu. A muszę się trzymać, muszę! W weekend obiecałem Tuśce łyżwy i żeby co z tego było, to i ona i ja zdrowymi być musimy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz