Szósty z dziewięciu ... I już napada melancholyja za sprawą upływu, podlewanego na dodatek z niełaskawego nieba deszczem, czasu. Jest szaro ... niestety. Jest mokro. Brak słońca. Fuck it ! Nie, to nie ...
Wczoraj rozbiegałem się nieco po poniedziałkowych doznaniach. Tak spokojnie, bez wygłupów. Jakieś 3,5 km + ok 4 km spaceru z Najlepszą z Żon, która występowała w roli bidonowej obstawy. Ale mimo, że dystans o wiele krótszy niż w poniedziałek, to chyba bardziej się zasapałem. Faktem jest, że jak nie miałem Tuśki pod opieką, to mimowolnie szybciej przebierałem nogami, co na mecie dało efekt pół-zgonu. Ale żyję. Jest git.
Po zakupach. Milowymi krokami zbliża się wyjazd do Międzybrodka. W dupie mam to, że pogoda nie sprzyja - będziemy grillować i już ! Nie ma od tego odwrotu. Nawet jeśli będzie burza taka, jak dzisiaj w nocy - a że była, więc w końcu wiosna me legitymizacje do przejęcia władzy nad światem. Zresztą wystarczy spojrzeć za okno, jak szybko natura podgoniła stracony czas. Wszędzie zielono i radośnie. Tylko słońca trochę brak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz