Brakowało tylko rzymskich tóg, nadobnych dziewic plimkających na harfach i miękkich sof, na których w pozycji cubante można kontemplować radości tego świata ... Ehh ... No ale prawie tak było :)) Przy czerwonym winie i zakąskach różnistych upłynął sobotni wieczór na dyskusjach mniej lub bardziej frywolnych, a na pewno dotykających materii ciała i ducha. Taki to był czas i jeno przyklasnąć towarzystwu, które go wypełniło swoim jestestwem. Było git. Nawet jeśli mnie coś tam gniotło w środku, na dnie, i nie do końca byłem chyba sobą.
Teraz natomiast gniecie mnie fizyczność, która odcisnęła się na moich trawiennych obszarach, bo jak zacząłem wczoraj, tak kontynuuję do tej pory spożywanie w ilościach zaiste nieprzyzwoitych. Wielkiego żarcia w moim wykonaniu nie powstydziłby się sam mistrz Marco Ferreri. Wchłonąłem przez ostatnie 24 h porcję kalorii wystarczająca chyba na tydzień :)) Nie jest to dobry początek rozważania na temat potrzeby zrzucenia paru kilogramów przed wakacjami :))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz