Sobotnie bieganie zapowiadało się mega. Szczególnie, że poprzedzone przedpołudniową bytnością na basenie, więc człowiek witalności i chęci pełen. Ale, kiedy już na początku trasy niebo po prawej odbiegało kolorem znacząco na korzyść tej lewej strony, zacząłem przeplanowywać dzisiejszą trasę na nieco krótszą, bezpieczniejszą dla suchości grzbietu. Toteż z "Bidonową" ustaliliśmy skrócenie trasy i nawrót na rondzie. Nie wyszło jednak. Burza była szybsza niż my i w grubokroplistym deszczu umykaliśmy do domu przed pomrukującymi niebiosami. Ronda nawet nie liznąwszy.
Reasumując zamiast godzinnego treningu miałem dzisiaj 3 km rozbiegówkę - fakt, że w tempie baaaardzo przyzwoitym, bo krople skutecznie mnie poganiały :)). Idąc dalej w tym podsumowaniu, wniosek nasuwa się sam taki, że niebo tak chciało i zamiast biegu po zdrowie, będzie szklaneczka czegoś rudego ... na rozluźnienie i zrelaksowanie ledwo napoczętych mięśni ;) Weekend swoje prawa ma i basta! A to, że będzie lało, to w summie było wiadome. Jakby bowiem gorący tydzień i słoneczny nie był, to przecież weekend bez spieprzonej pogody byłby niekompletny i zupełnie nie pasujący do polskich standardów. Grunt to się nie poddawać i cieszyć się z tego co jest. Już teraz - a szklaneczka nawet jeszcze z barku nie wyjęta - mogę uznać sobotę za zupełnie udaną. Na dodatek auto mi trochę opłukało :)))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz