Tak, chyba każdy je miał, ma lub będzie miał. Ja bardziej miałem niż mam i będę miał. To chyba kwestia wieku już. Ale w młodości przeżywałem fascynacje na maxa. Głównie muzyczne.
Wczoraj w nocy, na kanale Ale Kino+, oglądałem ponownie, po wielu latach, "The Doors" Oliver'a Stone'a z fantastyczna rolą Vala Kilmera wcielającego się w postać Jima Morrison'a.
Wiele lat temu, muzyka The Doors zawładnęła mą duszą potężnie. Podobnie sam Jim Morrison, jego bezkompromisowy bunt, poetyka i hipnotyzujący śpiew. Bezpretensjonalna powierzchowność, niedbałość o swój wizerunek, odrzucanie konwencji, wszystko to sprawiało, że chciałem być taki jak on. Długie włosy, ciemne okulary i przede wszystkim te skórzane spodnie, o których marzę do dzisiaj :))
Muzyka The Doors wybuchła mi prosto w twarz z mocą bomby atomowej. Zaślepiła i omamiła. Fascynacja, która była tak wielka, była jednocześnie bardzo krótka. Wypaliła się równie gwałtownie i szybko, jak wypaliło się życie samego Morrisona, który dołączył do "klubu 27".
Jednak takie impulsy, jak film "The Doors", które niespodziewanie trafiają w samo sedno, na nowo rozpalają wygasły płomień. Pewnie teraz znowu, przez jakiś czas, pewnie bardzo krótki, ale jednak sięgnę po ich muzykę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz